Mieliśmy
już po raz trzeci w swoim życiu odwiedzić najlepiej na świecie zachowany las
deszczowy (wszystkie te miejsca tak samo się reklamowały). Dlatego 700 km ,
które musieliśmy w drodze do niego pokonać, w tym 150 km drogą gruntową, nie wzbudzało naszego entuzjazmu. Jednak jak
zwykle w życiu, wszystko co wartościowe wymaga wysiłku. Informacji na temat
tego parku jest oczywiście niewiele. W samej miejscowości Tai, w biurze parku
trafiliśmy na człowieka, mówiącego tylko po francusku. W końcu doprowadził nas
do Francuza, który zajmował się turystyczną popularyzacją tego obszaru. Z kolei
ten miły człowiek o zacięciu pedagogicznym chciał nam powiedzieć dosłownie
wszystko. Z najważniejszych rzeczy jakie nam przekazał to to, że z Tai są organizowane wycieczki do parku
wymagające wcześniejszej rezerwacji. W czasie tych wycieczek ogląda się
niezwykle bujną roślinność lasu deszczowego i jest szansa zobaczenia dwóch
gatunków małp. Opowiedział nam również o badaniach prowadzonych przez prof.
Boesha nad szympansami oraz o ich wynikach. Profesor z rodziną mieszkał w tym lesie
przez 30 lat i udokumentował różne zachowania szympansów, m.in. to , że po
śmierci członka stada organizowane jest coś na kształt ceremonii pogrzebowej. Bardzo
zręcznie posługują się kamieniami używając ich do tłuczenia orzechów, co
mieliśmy okazję zobaczyć i usłyszeć. Obecnie na rozległym terenie parku żyją
dwie grupy szympansów. Nad jedną z nich badania prowadzą naukowcy z grupą
studentów i dla turystów jest ona niedostępna . Natomiast jest możliwość
zobaczenia przez turystów drugiej grupy szympansów, która przebywa około 70 km
na południe od Tai. Pomimo tego, że mieliśmy już dość jazdy drogą gruntową
zdecydowaliśmy pokonać jeszcze te 70 km i spróbować z pracownikami parku
poszukać szympansów. Jeszcze wieczorem przed wjazdem do parku omówiliśmy szczegóły
jutrzejszej wycieczki. Mieliśmy wyruszyć o 4-tej rano, po to, aby dotrzeć do obozu pracowników parku jeszcze
przed wschodem słońca. Zgodnie z umową zaraz po 4-tej rano wyruszyliśmy z
naszym młodym przewodnikiem Kevinem, jak się później okazało, na bardzo
interesującą wycieczkę. Sam nocny spacer prze las deszczowy z czołówkami jest
dość atrakcyjny, bo wprawdzie niewiele widać, ale za to słychać wiele, a
wyobraźnia pracuje. Przed 6-tą dotarliśmy do obozu pracowników parku, którzy na
co dzień obserwują szympansy. Niestety od razu poinformowali nas, że wczoraj
szympansów nie widzieli. W obozie czekaliśmy aż zrobi się widno i wyruszyliśmy.
My w jedną stronę z naszym przewodnikiem, a dwóch pracowników parku w druga
stronę. Byliśmy umówieni, że kto znajdzie szympansy wcześniej zawiadomi drugą
grupę. W tym miejscu warto napisać parę słów na temat naszego wyposażenia i
ubrania. Bardzo przydały się nam gumiaki, kupione kiedyś na Islandię. Umawiając
wycieczkę poproszono nas, abyśmy ubrali się w zielone rzeczy, ewentualnie coś
ciemnego. Dodatkowo, już w obozie wręczono nam lateksowe rękawiczki i maseczki
na twarz. Nie jest to zabawa wyłącznie dla turystów, ponieważ maseczki i
rękawiczki mieli założone wszyscy pracownicy parku. O ile w czasie rozmowy z
Francuzem wydawało nam się , że zobaczenie szympansów to sprawa pewna. Tak na
miejscu, w lesie, przestaliśmy wierzyć , że to w ogóle jest możliwe. Przecież
park zajmuje ogromny obszar, a to są dziko żyjące zwierzęta. Mniej więcej po
godzinie marszu i oglądaniu różnych roślin nasz przewodnik stwierdził, że coś
usłyszał. Spojrzał na kompas i zszedł ze ścieżki w gęstwinę, a my za nim . Ze
względu jednak na jego młody wiek zdecydowałem się włączyć gps, tym bardziej,
że druga grupa ( pracownicy) poszła z
dokładnie takim samym gps jak nasz. Po
pewnej chwili my również usłyszeliśmy wyraźne odgłosy szympansów. Oczywiście to
nie zoo i gdy szliśmy za tymi odgłosami przez 10 minut przedzierając się przez
gęstwinę okazywało się, że słyszymy je już w całkiem innym miejscu. Te podchody mogły trwać około godziny, kiedy
wreszcie w krzakach udało nam się zobaczyć pierwsze małe osobniki. „Walka” nie była równa, bo one jeśli tylko
chciały poruszały się bezszelestnie. Natomiast my co rusz idąc łamaliśmy
gałęzie, wtedy nasz przewodnik bezsilnie łapał się za serce tracąc nadzieję na
dodatkowe 30 USD ( umowa była taka , że jeśli wytropi szympansy dostanie 30 USD
więcej). W sumie z daleka, poprzez gęstwinę widzieliśmy kilka małych
szympansów. Wyraźnie natomiast słyszeliśmy ich nawoływania, krzyki głodnych
maluchów i odgłosy tłuczenia orzechów. W pewnym momencie przewodnik powiedział,
że w pobliżu nas znajduje się już ta druga grupa pracowników parku.
Rzeczywiście, po chwili doszli oni do nas trafiając za szympansami dokładnie w
to samo miejsce co my. Po krótkim
odpoczynku nagle znowu usłyszeliśmy głośne odgłosy szympansów. Najciszej jak
potrafiliśmy poszliśmy w tym kierunku i to była prawdziwa nagroda. Przywódca
stada wraz ze swoją żoną w koronie bardzo wysokiego drzewa otrząsał orzechy. Szympansy
były wysoko i nie uciekły od razu, więc mieliśmy okazję spokojnie je poobserwować . Próbując zrobić im zdjęcie
mieliśmy wrażenie, że patrzą nam prosto w oczy i nie wiadomo, kto tak naprawdę
kogo obserwuje. Po kilku minutach ,
kiedy ta zabawa przestała się im podobać przywódca głośno zarządził ucieczkę.
Sposób w jaki zeszły z tego bardzo wysokiego drzewa to chyba najciekawszy widok
całej obserwacji. Z drzewa z pomocą liany,
zwinnie (mimo swej wagi 45-50 kg) w sekundzie znalazły się na ziemi i
zniknęły w gęstwinie. Zmęczeni, niewyspani, mokrzy (to las deszczowy), trochę
ubłoceni, ale bardzo zadowoleni nie
spiesząc się ruszyliśmy w drogę powrotną.