Z Katmandu musimy wrócić do Heloudy i tym razem dokładając 1,5 godziny drogi jedziemy lokalną, bardzo wąską , ale prawie w ogóle nieuczęszczaną drogą. Widoki są piękne i chociaż trasa wymagająca, podróż sprawia przyjemność.
W Siliguri kupujemy bilety na jutrzejszą przejażdżkę pociągiem Himalayan Railway Train, nazywanym pociągiem zabawką i wpisanym na listę UNESCO. Wydawać by się mogło, że dotarcie na dworzec w Darjeeling to czysta formalność. Ku naszemu zaskoczeniu Darjeeling jest położone wysoko w górach, a budynki są dosłownie przyklejone do zbocza. Jak zwykle w takich miastach duży problem stanowi zaparkowanie samochodu. Znajdujemy miejsce na parterze wielopiętrowego parkingu, gdzie możemy nawet spokojnie zostać na noc. Dodatkowo okazało się, że jest to bardzo dobry punkt widokowy na Kangczendzongę. Darjeeling, poza górską kolejką , znany jest z plantacji herbaty i pięknych widoków na Kangczendzongę. Przed wschodem słońca taksówką jedziemy na punkt widokowy, a po ilości ludzi , którzy podobnie jak my, przyjechali zobaczyć Kangczendzongę możemy jedynie przypuszczać, że bywają z tego miejsca piękne widoki. My zobaczyliśmy jedynie kawałek lodowca na Kangczendzondze. Dopiero wracając na parking mogliśmy ją po raz pierwszy zobaczyć. Na przejazd kolejką wybraliśmy dwugodzinną trasę z Darjeeling do najwyżej położonego punktu na trasie kolejki – Ghum. Była to dobra decyzja , bo wystarczyło by poczuć klimat i w Ghum obejrzeć muzeum związane z budową i historią tej kolejki.
Z Darjeeling obieramy kierunek na Jajgaon, graniczne miasto z Bhutanem , w którym jesteśmy umówieni z przewodnikiem bhutańskim. Po Ladakhu, Nepalu i podjeździe do Darjeeling wydawało się, że podniebne wędrówki samochodem mamy już za sobą, ale zjazd z Darjeeling był równie ekscytujący , jak podjazd, z tą różnicą, że było mniej samochodów.
Po drodze znów obserwujemy skutki ostatniego monsunu. Z mapy wynikało,że będziemy mogli zatrzymać się na którymś z licznych kempingów wzdłuż rzekli Teesta. Tymczasem znaczna część drogi to akcja ratunkowa drogowców, którzy próbują przywrócić normalny ruch na drodze, zerwanej przez rzekę w wielu miejscach.
W Jajgaon zatrzymujemy się w hotelu prowadzonym przez młodą kobietę, która pośród klasycznego indyjskiego bałaganu stworzyła miejsce, gdzie można odpocząć. Dla nas równie ważny był zamykany parking, na którym mogliśmy zostawić samochód na czas naszego pobytu w Bhutanie.
Z przewodnikiem o imieniu Rinzin spotykamy się w umówionym miejscu i okazuje się, że musimy wrócić, bo indyjska odprawa paszportowa znajduje się nie na granicy, lecz w mieście. Granicę z Bhutanem pokonujemy sprawnie, pomimo tego, że nie działa ich system .
Pierwszy punkt programu to wizyta w stolicy kraju, czyli Thimphu. Choć odległość z granicy do stolicy wynosi zaledwie 150 km, jedziemy tam 5 godzin. Przekonujemy się o prawdziwości powiedzenia, że w Bhutanie jest tylko jeden prosty odcinek drogi asfaltowej i jest to pas startowy na lotnisku w Paro. Po drodze dowiadujemy się, o czym wcześniej nie wiedzieliśmy, że w całym Bhutanie obowiązuje ograniczenie prędkości do 50 km/h. Pierwszą kolację w Bhutanie jemy z szefem biura turystycznego , które organizuje nasz pobyt tutaj. Wszyscy bardzo się starają, abyśmy byli zadowoleni. Hotele, w których nas kwaterują, bez wątpienia przewyższają umówione trzy gwiazdki. Na pewno w czasie tej krótkiej wycieczki nie stracimy na wadze. By załatwić sprawy bytowe warto wspomnieć o bhutańskim alkoholu. Nam najbardziej smakowało wino Raven. Wszystkie piwa, które piłem były bardzo dobre, łącznie z mocnym 8% Druk 11000 , nie wspominając o czerwonym piwie ryżowym. Rzeczą, która pierwsza rzuca się w oczy jest bhutańska architektura. Zarówno starsze budynki, jak i te nowo powstające zachowują tradycyjny styl. Wynika to z surowych przepisów architektonicznych , których celem jest zachowanie tożsamości narodowej. Dotyczy to również tradycyjnych strojów. (gho- męski i kira- kobiecy) , w których mają obowiązek występować przy załatwianiu spraw służbowych. Najwyraźniej dotyczy to wszystkich osób pracujących w turystyce i oczywiście uczniów. Zwiedzanie Thimphu zaczynamy od Budda point , na którym znajduje się 54 metrowy posąg Buddy – Budda Dordenma, wykonany z brązu, pokrytego złotem. Należy do największych posągów Buddy na świecie. Roztacza się stąd piękny widok na północną część Thimphu. Odbyliśmy krótki spacer w centrum miasta, wzdłuż stoisk z pamiątkami. Ktoś zażartował , że w Bhutanie pamiątki dzielą się na drogie i bardzo drogie. Następnie z punktu widokowego podziwiamy Tashichho Dzong (potężny warowny klasztor – administrację, pełniący funkcje religijne, administracyjne i militarne), w którym mieści się siedziba rządu i króla. Latem dzong jest także siedzibą przełożonego mnichów, przywódcy duchowego Bhutanu, 70-go Je Kempo (Chief Abbota), który na zimę przenosi się do Punakha Dzong. W Thimphu zwiedziliśmy manufakturę, gdzie przyglądaliśmy się jak ręcznie produkują papier. W drodze na lunch, przypadkowo, natrafiliśmy na zawody w łucznictwie – narodowym sporcie Bhutanu. Do tej pory byliśmy przekonani, że to dyscyplina indywidualna. Tymczasem okazuje się, że w Bhutanie to gra zespołowa. Wprawdzie do tarczy strzela z łuku jeden zawodnik, ale przy tarczy asystuje mu kilku zawodników , którzy po pierwsze pokazują mu w którym miejscu jest środek tarczy (wcale nie jest to oczywiste, bo my stojąc przy tarczy , która jest wyjątkowo mała, ledwo widzieliśmy łucznika), a w przypadku celnego strzału dają mu znać o sukcesie wykonując specjalny taniec.
Po lunchu jedziemy w stronę miasta Punakha. Po drodze przekraczamy przełęcz Dochula Pass (3100 m.n.p.m.), skąd przy ładnej pogodzie roztaczają się zachwycające widoki na Himalaje, w tym na najwyższy szczyt Bhutanu – Gangkhar Puensum (7570m.n.p.m.) i kilka innych siedmiotysięczników. Nam niestety pogoda nie dopisała, chmury przysłoniły widoki mimo,że na przełęczy byliśmy dwa razy. Na przełęczy znajduje się 108 czortenów, zbudowanych przez Królową Matkę dla uczczenia żołnierzy bhutańskich poległych w 2003r., w starciu ze zbrojną partyzantką indyjską, która stworzyła na terenie Bhutanu obozy szkoleniowe. Królowa Matka jest matką obecnego króla , a zarazem jedną z czterech sióstr , które wszystkie są żonami jego ojca.
Zanim dotarliśmy w Punakha odwiedziliśmy klasztor Szalonego Mnicha – Chimi Lhakhang. Klasztor został wybudowany w XVI w. na cześć Lamy Drukpy Kunleya (znanego jako „Szalony Mnich” lub „Boski Szaleniec”). Zasłynął ze swoich niekonwencjonalnych metod nauczania, wykorzystując humor, nie omijając kontekstów erotycznych. Symbol penisa we wzwodzie traktował jako symbol powodzenia, dostatku i szczęścia. Dlatego klasztor jak i liczne budynki ozdobione są tym symbolem. Jest to również podstawowy tutejszy suwenir. W Punakha mamy pokój z pięknym widokiem na całą dolinę.
Po śniadaniu odbyliśmy krótki treking do czortenu wybudowanego również przez Królową Matkę w intencji pokoju na całym świecie. To ładny obiekt z pięknymi widokami i atrakcyjną drogą prowadzącą do niego wśród pól ryżowych a wyżej przez sosnowy las.
Celem turystycznym wszystkich wycieczek do Punakha jest jeden z najpiękniejszych dzongów w Bhutanie. Zbudowany w XVII w. przez Zhabdruga Ngawanga Namgyala, który zjednoczył oddzielne prowincje dając początek Bhutanu jako całości. Piękny obiekt położony u zbiegu dwóch rzek (Pho i Mo) był wielokrotnie zniszczony (powodzie, trzęsienia ziemi). Otoczony monumentalnym murem dzong, wewnątrz posiada dziedzińce , które umożliwiają dostęp do części religijnej i administracyjnej. Co do zasady w całym Bhutanie wewnątrz świątyń nie wolno robić zdjęć. Z Punakhi jedziemy do Paro przekraczając ponownie przełęcz Dochula.
Kolejnego dnia czeka nas creme de la creme pobytu w Bhutanie, czyli wizyta w Tygrysim Gnieździe. Gdy patrzyliśmy na niego z dołu , a jest 900 metrów ponad doliną i później z tarasu kawiarni, dojście do niego wydawało się niemożliwe. W rzeczywistości nie jest to tak trudna sprawa, bo na najtrudniejszym technicznie odcinku zrobiono betonowe schody i barierkę. Wg legendy w VIII w. przybył tu Guru Ringpocze na grzbiecie tygrysicy, w którą zamieniła się jego uczennica, posiadająca magiczną moc. Guru Ringpocze przybył z Tybetu, aby pokonać demony i wprowadzić w Bhutanie buddyzm. Dla nas wspaniała atrakcja turystyczna, a dla wyznawców buddyzmu święte miejsce i cel pielgrzymek. W Bhutanie praktykowany jest buddyzm szkoły Karma Kagyu.
Po lunchu zwiedzamy Muzeum Narodowe zorganizowane na 7 piętrach , okrągłej dawnej wieży obserwacyjnej . Dzień kończymy w browarze degustując bhutańskie piwo.
Następnego, a zarazem ostatniego, dnia pobytu w Bhutanie również nie zabrakło atrakcji turystycznych. Obejrzeliśmy most zbudowany w XV w. z żelaznych łańcuchów. Budowniczym tych mostów był Choying Tenzin, buddyjski mnich, lekarz, inżynier. Ostatnie miejsce , które zwiedzamy w Bhutanie to górująca nad Phutselingiem świątynia o kształcie 10-cio piętrowej wieży , poświęcona Milarepie (jednemu z najsłynniejszych i najbardziej czczonych mistrzów buddyzmu tybetańskiego). Z naszym bardzo sympatycznym przewodnikiem po Bhutanie – Rinzinem, żegnamy się po dokonaniu formalności wjazdowych do Indii.
