Po opuszczeniu Kaszmiru jedziemy do Great Himalayan NP (UNESCO). Bardzo wymagające ostatnie 30 km drogi pokonujemy tuż przed zachodem słońca. Kolejnego dnia rano pracownik parku organizuje nam całodzienną wycieczkę. Wynajętym samochodem jedziemy ok 25 km , co w linii prostej daje niecałe 5 km w poziomie i grubo ponad 1000 metrów w pionie. Z tego miejsca wyruszamy na 3 godzinny spacer, mijając po drodze bardzo klimatyczną osadę górską. W połowie drogi docieramy do miejsca , skąd rozpościera się widok na Himalaje. W takich okolicznościach postanawiamy zjeść kanapki i odpoczywamy. Wracamy tą samą drogą. Na zakończenie wycieczki, współnie z przewodnikiem i kierowcą, kosztujemy regionalne danie doliny Tirthan o nazwie sidu. To rodzaj drożdżowego chleba na parze serwowanego z masłem , chutneyem lub carry.
Późnym popołudniem oglądamy replikę Great Himalayan NP. Przed bramą wjazdową do tego ośrodka stoi nasz samochód , gdzie spędzamy już kolejną noc.
Następne 3 dni zajęła nam droga do granicy z Nepalem, w czasie której „braliśmy udział” w żniwach ryżowych. I już witaliśmy się z gąską, gdy okazało się, że przejście graniczne , na które podjechaliśmy (zgodnie z sugestią gps-a) obsługuje wyłącznie ruch lokalny. Po kolejnych 3 godzinach byliśmy już na właściwym przejściu , 20 km od Lumbini. Tutaj obcokrajowców było pełno, w większości pielgrzymów. Na granicy spotykamy 9 niemieckich motocyklistów wracających z Nepalu do Indii na motocyklach wypożyczonych w Indiach.
Kilka lat wcześniej byliśmy w miejscu, w którym Budda doznał oświecenia (Bodh Gaia), a teraz odwiedzamy miejsce jego narodzin – Lumbini (UNESCO). Obecnie jest to centrum pielgrzymkowe , gdzie na 120 ha parku powstały i w dalszym ciągu powstają świątynie fundowane przez poszczególne kraje, w których buddyzm ma swoich wyznawców. O ile np. Singapur i Korea Południowa nie dziwią, to świątynia niemieckich buddystów, mimo wszystko, trochę zaskakuje. Oglądamy kilka z nich a na zakończenie to najważniejsze, czyli miejsce, w którym urodził się Budda. Potwierdzeniem tego faktu jest kolumna Asoki z inskrypcją.
Przejazd z Lumbini do Katmandu sam w sobie był wielką przygodą. Choć już od kilku tygodni kręcimy się po górskich drogach to czegoś takiego jeszcze nie przeżyliśmy. Deszcze, które padały tu w trzecim tygodniu września, spowodowały bardzo dużo szkód, podobno było to największe opady od 20 lat. Nowa droga pomiędzy Katmandu a drugim co do wielkości miastem Nepalu (Helouda) w kilku miejscach została całkowicie zniszczona. Samochody osobowe jeżdżą górskimi, bardzo wąskimi drogami i my przez część trasy jechaliśmy z nimi, co było ogromnym przeżyciem. Po kilkudziesięciu kilometrach pokierowali nas z powrotem na główną drogę. Początkowo martwiliśmy się, że prawie nikt nie jedzie tą drogą, ale szybko wyjaśniło się dlaczego. Objazdy uszkodzonych odcinków poprowadzone były korytami rzek i tutaj widzieliśmy prawdziwe skutki ostatniego monsunu. Kilkusetmetrowe odcinki nowego asfaltu zjechały w całości, kilkadziesiąt metrów w dół do rzeki. Sterczące , powykrzywiane bariery robią dość przygnębiające wrażenie, zwłaszcza na osobach, które widzą coś takiego po raz pierwszy. Po wymagającej trasie na koniec czekał nas dwugodzinny korek w Katmandu.
Manager hotelu, w którym się zatrzymaliśmy bardzo sprawnie zorganizował nam bilety na przelot z Katmandu do Lukli i z powrotem. Przygodą był sam lot do Lukli , małym 20-sto osobowym samolotem krótkiego startu, linii Tara Air. Lot był opóźniony o 4 godziny ze względu na złe warunki atmosferyczne. Loty na tej trasie są bardzo wrażliwe na warunki atmosferyczne , ponieważ przelatywanie przez chmury stanowi dla małych samolotów dość dużą trudność, , o czym przekonaliśmy się osobiście. I na finał ekscytujące lądowanie w Lukli , na jednym z najtrudniejszych lotnisk świata. Pas startowy o długości 500 metrów nachylony jest pod kątem 15% , by pomóc pilotowi błyskawicznie zatrzymać samolot, a przy starcie szybciej go rozpędzić.
Natychmiast po wyjściu z lotniska proponuje nam swoje usługi Ramji – licencjonowany przewodnik górskich wycieczek, z którym spędzamy kolejne 5 dni. Mister Ramji, jak często o sobie mówił, zabiera nas do hotelu i tam ustalamy szczegóły naszego trekingu. Pięciodniowy treking podzielony jest na dwa dni marszu do Namche Bazar, jeden dzień wokół Namche Bazari dwa dni na powrót do Lukli. Ramji organizuje także wynajęcie portera , sympatycznego Bolaramę. Była to bardzo dobra decyzja, gdyż Bolaram mógł sobie zarobić , a my dzięki temu na całej trasie mogliśmy wyłącznie chłonąć wspaniałe widoki, a było co podziwiać .
Następnego dnia już z jadalni mamy piękne widoki i właściwie tak będzie przez całe pięć dni. Po śniadaniu wychodzimy w kierunku Namche Bazar. Podział trasy do Namche na dwa dni wynika z konieczności aklimatyzacji, ale dzięki temu daje możliwość zatrzymania się na kawę , zrobienie zdjęć i nieustające zachwyty. Towarzyszą nam m.in. Kongde, Kusumkanguru, Tamserku, a w Namche jeszcze Ama Dablam, Lhotse, Nuptse i oczywiście główna atrakcja naszego trekingu Mount Everest. Warto wspomnieć o miejscach, w których zatrzymywaliśmy się na kawę, lunch czy nocleg – teahousach. Każdy z nich był czysty, schludny z kwiatami w ogródku i doniczkach, miał klimatyczną jadalnię – jedyne ogrzewane wieczorem pomieszczenie, w którym gromadzą się wszyscy turyści. Niezapomnianą atrakcją na trasie są wiszące mosty. Z Lukli do Namche Bazar pokonuje się ich 6, z najwyżej zawieszonym i najbardziej udekorowanym flagami modlitewnymi Hillary Bridge. Pokonują je także muły i dzopki (krzyżówka jaka z krową). Zwykle nie piszemy o cenach, ale tym razem warto ten temat poruszyć. Wydawać by się mogło, że cena 30 zł za puszkę piwa to zbyt dużo, ale gdy na całej trasie spotykasz tragarzy niosących na plecach, przez dwa dni, kilkadziesiąt kilogramów towaru, wówczas oceniasz to już zupełnie inaczej.
W czasie trekingu wokół Namche, zauważyliśmy na jednym z drzew tabliczkę kierującą do pomnika polskich himalaistów. Oczywiście poszliśmy w tym kierunku i doceniamy doskonały wybór miejsca dla tego pomnika. Roztaczają się stamtąd piękne widoki na Mount Everest, Lhotse, Nuptse i Ama Dablam. Pomnik powstał w 2019r. z okazji 80 -tej rocznicy pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje. Uczczono nim polskich himalaistów , którzy zginęli powyżej 8 tysięcy metrów, a nazwiska ich wszystkich wymienione są na pomniku.
Kilkadziesiąt metrów dalej, przy muzeum Sagarmatha NP, znajduje się pomnik Tenzinga Norgaya.
Ustaliliśmy z Ramjim , że następnym punktem programu w tym dniu będzie kawa i piwo w najwyżej na świecie położonym hotelu (wybudowanym przez Japończyka na wysokości 3880 m.n.p.m.). Wcale nie musi się tutaj iść przez 3 dni. Można przylecieć helikopterem z Katmandu, jak zrobiła to, siedząca przy stoliku obok, starsza pani z Anglii. Nazwa hotelu – Everest View mówi wszystko.
Mimo, że do Lukli wracaliśmy tą samą drogą odkrywały się przed nami całkiem inne widoki.
Wprawdzie start z lotniska w Lukli jest mniej ekscytujący niż lądowanie to lot do Katmandu dostarcza równie mocnych wrażeń.
